Jak zwalczyć nowotwór gorączką? O toksynie Coleya

Autor: Oskar Wiśniewski


Jesienią 1890 r. wysportowana i pełna wigoru 17-letnia dziewczyna właśnie wróciła z podróży na Alaskę. Podczas wyjazdu w trywialnym wypadku zraniła się w rękę, udała się więc do młodego chirurga, który dopiero co ukończył Harvard Medical School i był wschodzącą gwiazdą w nowojorskich kręgach chirurgicznych. Lekarz ten nazywał się William Coley (1862-1936). Młoda kobieta, Elisabeth Dashiell, była bliską przyjaciółką Johna D. Rockefellera Jr. i nawet nie przypuszczała, jak jej przypadek wpłynie zarówno na Coleya, jak i na światową medycynę. Pacjentka poprosiła chirurga o wyleczenie jej słabo gojącej się, spuchniętej i bolesnej ręki. Na pozór łatwa i prosta sprawa, prawda? Okazało się, że niestety nie.


William Coley bardzo szybko zauważył, że nie jest to zwykły uraz, lecz nowotwór. Konkretnie bardzo agresywny mięsak okrągłokomórkowy. Pomimo doskonałych umiejętności i znakomitej opieki ze strony Coleya, rak postępował bardzo szybko, a Elisabeth zmarła w boleściach kilka miesięcy później. To zdarzenie bardzo mocno poruszyło młodego chirurga. Tak mocno, że zaczął szukać jakiejś niestandardowej terapii, która wyleczyłaby nawet te beznadziejne przypadki. Przy okazji to zdarzenie stało się początkiem jego przyjaźni z Rockefellerem, który pod wpływem śmierci swojej powierniczki zaangażował się w filantropię, co w rezultacie doprowadziło do ufundowania Uniwersytetu Rockefellera.


Co zrobił Coley? Zaczął przeglądać dokumentację medyczną wszystkich przypadków mięsaka wśród pacjentów New York Cancer Hospital. Większość przypadków kończyła się w jeden sposób - śmiercią pacjenta, natomiast uwagę chirurga przykuła jedna szczególna sprawa: 31-letniego Freda K. Steina. Mężczyzna ten cierpiał na mięsaka w obszarze szyi, operowano go pięć razy i za każdym razem następował nawrót choroby. Wreszcie uznano nowotwór za nieoperowalny. Niestety (albo raczej na szczęście), krótko po ostatniej diagnozie Fred zachorował na różę (nie mylić z różyczką!) – bakteryjną infekcję wywoływaną przez paciorkowce. Zakażenie miało miejsce w obrębie głowy i szyi, a jednym z jego rezultatów była bardzo wysoka gorączka. Gorączka utrzymywała się przez kilka dni, po czym ustała, aby powrócić znów za około dwa tygodnie. I tutaj dochodzimy do najbardziej niezwykłej części tej historii – po kolejnych badaniach okazało się, że nowotwór całkowicie zniknął! Zaintrygowany tym faktem Coley zlokalizował pacjenta (zdarzenie miało miejsce siedem lat wcześniej) i okazało się, że Frank żyje, ma się dobrze i nadal nie ma raka.


Młody chirurg nie przerwał swojego dochodzenia i szukał dalej. Okazało się, że przypadki spontanicznej remisji (ustąpienia objawów) nowotworów pod wpływem gorączki są odnotowywane w literaturze naukowej od XVIII wieku. Coley dotarł do 38 raportów dotyczących pacjentów, którzy przebyli ciężkie infekcje bakteryjne w trakcie choroby nowotworowej. W przypadku 12 z nich nowotwory całkowicie zniknęły, u pozostałych zaobserwowano znaczącą poprawę stanu zdrowia.


Był to dobry punkt wyjścia do rozpoczęcia eksperymentów. Lekarz zaczął podawać swojemu kolejnemu pacjentowi (również z mięsakiem, tym razem w okolicach krtani) zawiesinę paciorkowców (Gram-dodatnich bakterii). Terapia trwała przez kilka miesięcy, a bakterie były podawane co 3-4 dni. Nie odniosło to jednak znaczących skutków – wprawdzie pacjent stwierdził, że poprawił się jego ogólny komfort życia, natomiast guz cały czas trwał w niezmienionej postaci. Niezrażony tym Coley sprowadził kolejne hodowle bakterii z Instytutu Roberta Kocha w Berlinie, po czym przystąpił do następnej rundy terapii. Tym razem wprowadził bakterie prosto w szyję, wywołując u tego samego pacjenta drgawki, ból, wymioty oraz wysoką (40,5 stopnia Celsjusza) gorączkę – a to wszystko w ciągu jednej tylko godziny. Atak gorączki trwał dziesięć dni. Nie zdziwicie się pewnie, jeśli powiem, że sprawy potoczyły się tak samo, jak w przypadku Franka – guz zaczął blednąć, zmniejszać się, aby całkowicie zniknąć po dwóch tygodniach. Niestety, nawrót choroby nastąpił po ośmiu latach, ale był to czas przeżyty przez pacjenta w idealnym zdrowiu.


Aby nie przedłużać historii, wystarczy powiedzieć, że przez resztę swoje życia Coley opracowywał idealną mieszaninę bakterii, która działałby najbardziej efektywnie. Uznał, że najlepszy będzie preparat złożony z dwóch gatunków bakterii – wspomnianego paciorkowca oraz pałeczki krwawej. W przypadku niektórych nowotworów osiągał skuteczność leczenia na poziomie 60%.


Jaki był mechanizm tej terapii? Układ immunologiczny nadal jest dla nas wielką zagadką, natomiast wydaje się, że gorączka jest dla niego swego rodzaju „treningiem” i czymś całkowicie pozytywnym. Zmienia fenotyp immunologiczny (rodzaj i liczbę komórek układu odpornościowego, a także ilość substancji przez nie produkowanych) w kierunku takiego, który ma działanie przeciwnowotworowe. Krótko rzecz ujmując – organizm sam przyczynia się do zwalczania nowotworu, jeśli tylko mu w tym odpowiednio pomożemy. Ciekawe jest też zjawisko braku gorączki u znakomitej większości pacjentów nowotworowych – badania zespołu prof. Wiesława Kozaka (UMK w Toruniu) wykazały, że ponad 80% cierpiących na nowotwory nie doświadcza epizodów gorączki w trakcie infekcji.


„Toksyna Coleya” była wykorzystywana w onkologii do lat sześćdziesiątych, jednak dała ona początek także nowoczesnym metodom, znanym pod zbiorczą nazwą immunoterapii.


Żródła:


Geneza gorączki: biologiczne mechanizmy i praktyka medyczna, autor: Prof. Wiesław Kozak. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2009.


Kienle, G. S. (2012). Fever in cancer treatment: Coley's therapy and epidemiologic observations. Global advances in Health and Medicine, 1(1), 92-100.


Wrotek, S., Kamecki, K., Kwiatkowski, S., & Kozak, W. (2009). Cancer patients report a history of fewer fevers during infections than healthy controls. Journal of Pre-Clinical and Clinical Research, 3(1).

63 wyświetlenia